Brak wyników

Temat , Najnowsze

18 lutego 2020

NR 3 (Styczeń 2020)

Sto watów – czy to dużo?

145

Kolarstwo szosowe jest sportem grupowym. Nawet jeżeli „peleton” składa się tylko z dwóch kolegów, to jazda jest zdecydowanie dynamiczniejsza i ciekawsza, niż kiedy jedzie się samemu. Poza tym nic tak nie motywuje jak grupa.

Ale co w sytuacji, gdy poziom wytrenowania kolegów, z którymi umówiłeś się na rower, jest różny (jakoś zawsze tak bywa, że ci inni są lepsi). W parę dni nie nadrobisz tygodni, które oni spędzili na trenażerze i obozach kondycyjnych na południu Hiszpanii. Na płaskim utrzymanie się na kole lepszych od Ciebie jest realne, co najwyżej rzadziej będziesz wyskakiwał na prowadzenie, a mocniejsi będą ciągnąć przez większość trasy. Koledzy trochę zluzują, a dla Ciebie będzie się to wiązało ze zwiększonym wysiłkiem, ale jest duża szansa, że w efekcie wszyscy wrócą z przejażdżki zadowoleni. Ty będziesz ujechany, będziesz jednak miał satysfakcję, a koledzy nie będą znudzeni i będą chcieli umówić się po raz kolejny. Lecz jeżeli trasa tylko zacznie piąć się pod górę, to różnice w poziomach FTP (a tak naprawdę mocy, jaką możesz wygenerować na kilogram masy ciała) błyskawicznie dadzą o sobie znać, a koledzy nawet się nie zorientują, kiedy spadniesz z koła, i znikną za pierwszym zakrętem. Jeśli podjazd będzie dłuższy, to może się okazać, że zanim Ty osiągniesz szczyt, to kolegów już tam nie będzie, bo po tym, jak z nudów odpiszą na wszystkie zaległe maile, stwierdzą, że czas już do domu. A jeżeli amator, który nie ma czasu na regularne treningi, wspomógłby się technologią? 

Trasa

Podczas jednego ze spotkań testowych dla dziennikarzy nadarzyła się okazja, aby to sprawdzić. Miejscem akcji było małe miasteczko Kitzbühel położone w paśmie austriackich Alp Wschodnich. Z jego centrum prowadzi podjazd biegnący na szczyt pobliskiego Kitzbüheler Horn, którego wysokość wynosi 1996 m n.p.m. Podjazd oczywiście nie prowadzi na sam szczyt, ale do schroniska położonego na wysokości 1670 m n.p.m. Podjazd, chociaż nie należy do czołówki najtrudniejszych czy najdłuższych w Europie, ma kategorię HC. Jest bardzo znany lokalnie i często odbywają się na nim zawody, a od 2000 r. zyskał dodatkową rozpoznawalność dzięki temu, że jest finiszem wyścigu kolarskiego Tour de Austria, dwukrotnie triumfował na nim m.in. Cadel Evans (w 2001 i 2004 r.). My z powodów praktycznych zdecydowaliśmy się pominąć początek trasy przebiegający po wąskich i krętych uliczkach w obrębie miasteczka i rozpocząć nasz test od miejsca, gdzie duża tablica informuje, że tutaj zaczyna się oficjalny odcinek pomiarowy, którego metą jest schronisko alpejskie. Do pokonania mieliśmy 7,1 km z różnicą poziomów wynoszącą 876 m i średnim nachyleniem trasy 12,5%, a w najbardziej stromym miejscu przekraczającym 22%. Na potrzeby naszego eksperymentu podjazd był idealny. 

Testerzy

Dla mnie był to dopiero drugi sezon na rowerze szosowym. Nie należałem wtedy do osób trenujących regularnie. Nie miałem za sobą zimy przepracowanej na trenażerze, nie realizowałem też żadnego programu treningowego. Po prostu jeździłem, na ile czas mi pozwalał, na dystansach rzadko przekraczających 50 km, z bardzo umiarkowaną liczbą podjazdów. Nie wiem, ile wynosiło wtedy moje FTP, ale szacuję, że nie przekraczało 250. Moim testowym rywalem był Kuba, kolega redakcyjny znany pod pseudonimem „Pan z brodą”. Zawodnik od zawsze i to wielu dyscyplin – od kolarstwa górskiego przez kolarstwo szosowe po triathlon. W tym czasie trenujący regularnie i będący w doskonałej formie, z FTP na poziomie 320, dzięki któremu nieraz lądował na pudle różnych zawodów. Golf dwójka „w gazie” miał konkurować z rajdówką WRC. 

Test – dzień pierwszy 

Nasz pomysł był banalnie prosty: wyjeżdżamy na górę dwa razy w odstępie jednego dnia, żeby słabszy element miał czas zregenerować siły. Pierwszy raz obaj zrobimy to na klasycznych szosówkach, w drugim ja przesiądę się na rower wspomagany elektrycznie i zobaczymy, co to zmieni. Jednak nie na potwora o potężnej mocy, który wwiezie mnie na górę z maksymalną dopuszczalną prędkością 25 km/h, bo cały eksperyment nie miałby sensu. Zrobię to na najlżejszym i najmniej ingerującym w rower systemie wspomagania, jaki oferuje Vivax Assist. Ale też najsłabszym spośród tych, które można spotkać na rynku – do dyspozycji będę miał maksymalnie tylko 120 watów mocy ekstra.
Pogoda dopisała, było sucho i słonecznie, ale nie za gorąco, z lekkim wiaterkiem. Na starcie obaj stanęliśmy wyposażeni w węglowe szosówki: Kuba dosiadał Cannondale SuperSix Evo Disc (7,85 kg), a ja Giant TCR Advanced Disc (7,96 kg). 
Obaj dysponowaliśmy identyczną konfiguracją przełożeń z półkompaktowymi koronkami 52/36 i kasetami 11–28. Dla Kuby była to opcja optymalna, dla mnie – szybko się okazało – jak na tamten moment zdecydowanie za szybka i „twarda”. Profil trasy prezentowany na tablicy w zasadzie przypominał przebieg funkcji liniowej, czyli praktycznie linia prosta pnąca się w górę pod kątem zbliżonym do 45 stopni. Żadnych wypłaszczeń, na których można by odpocząć, tylko osiemnaście nawrotów, z których każdy był oznaczony tabliczką z numerem, własną nazwą oraz wysokością, na jakiej się znajduje, jak na prawdziwą alpejską drogę przystało. 


 



Ruszamy! Zaletą trasy jest to, że w większości przebiega po odkrytych terenach, więc wspinając się mozolnie pod górę, można próbować zająć głowę podziwianiem alpejskich panoram. Przez jakiś czas nawet się to sprawdza, jednak szybko odkrywam również ogromną wadę takiego krajobrazu. Widok piętrzących się nad głową agrafek zdecydowanie nie pomaga, kiedy walczysz o każdy obrót korbą i usilnie starasz przekonać sam siebie, że za zakrętem na pewno będzie lepiej. Kuba od początku zaczął jechać swoje i tylko dlatego, że pierwszy odcinek trasy ma dość długie proste, nie straciłem go od razu z oczu. Jednak nie zmieniło to faktu, że oddalał się szybko, mignął mi jeszcze ze dwa razy gdzieś wysoko ponad głową i do mety tyle go widziałem. Po 1,7 km mijamy punkt poboru opłat, z czym wiążą się dwa pozytywne odczucia. Pierwsze związane...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy